Team inov-8 Polska

Zawodnicy Teamu inov-8 Polska, ich projekty, relacje, recenzje

Milutki, choć drapieżnik. But inov-8 x-claw 275

X-claw 275 – nową terenówkę od inov-8 można zabrać na szlak, na który bałaby się zapuścić nawet odważna sarna. Przy zachowaniu wszystkich terenowych funkcji jest o niebo bardziej finezyjna od warczącego landrovera, wgryzającego się w leśne drogi, usiane kamieniami i korzeniami tonącymi w błocie. Nie ma w niej huku, wytrząsania wnętrzności, jest komfort i solidność.

X-claw 275 jest dzieckiem szerokiego x-talona 212, terenowej ikony inov-8, buta nie do zajechania nawet przez biegaczy na orientację, którzy porządnie się napocili żeby zrobić mu krzywdę kolcami jeżyn, patykami i chaszczami. Buta, w którym prędzej padnie bieżnik niż pojawi się dziura w cholewce, co rzadko się zdarza w tak lekkich modelach. Tworzy ją bowiem ballistic nylon, materiał stosowany np. w najtrwalszych torbach fotograficznych, dając mu za zadanie chronić sprzęt za grube tysiące. Nowy x-claw 275 ma takie samo pokrycie. Wzmocniono je dodatkowo zderzakiem w przedniej części, na wypadek bliskich spotkań z kamieniami, oraz otokiem oplatającym but dookoła, zwiększającym jeszcze trwałość i podwyższającym granicę zanurzenia.

W podeszwie zewnętrznej zastosowano różne mieszanki gumy – twardszej, bardziej odpornej na ścieranie (na przykład na piętach) oraz miększej, klejącej, która lepiej trzyma się na skałach. Podeszwę wewnętrzną o dropie 8 mm tworzy pianka POWERFLOW, o lepszych właściwościach od pianek standardowo używanych w butach biegowych. Producent zapewnia, że materiał ten tłumi wstrząsy o 10% lepiej, a przy okazji  oddaje więcej energii wybicia (o 15%).

Wewnątrz podeszwy zastosowano patent Dynamic Fascia Band. To wycieniowany element ze sprężystego tworzywa, który naśladuje swoim kształtem rozcięgno podeszwowe (stąd jego nazwa). Rozgałęzia się od pięty ku palcom poprawiając dynamikę odbicia.

Buty zaprojektowano na szerszym kopycie, które zostawia więcej miejsca na palce niż np. w tradycyjnym x-talon 212 w wersji wąskiej. W strefie pięty i śródstopia cholewka oplata stopę ciaśniej, dzięki czemu nie przesuwa się ona w bucie. Palce i łuki stóp mogą jednak pracować swobodnie. To czyni x-claw 275 dobrym kompanem dla osób o szerszych stopach, ale i na długi dystans, bo do tego właśnie je stworzono. X-claw 275 nie są ultra wycieniowaną startówką na krótkie ściganie po górach. To towarzysz na terenowe treningi, ale i zawodnik na długie godziny ścigania na szlaku i poza nim.

Bardzo agresywny bieżnik, podobny do tego w x-talonie 212, chwyta podłoże i trzyma je stabilnie do momentu wybicia. Nie zapycha się i nie ślizga. Sprawdzą się na błocie, w śniegu, śliskich kamieniach, ale i na ścieżkach. Choć nie stworzono ich do biegania po asfalcie, parę kilometrów biegu po takiej nawierzchni podczas zawodów czy treningu nie daje negatywnych wrażeń. Pazurów bieżnika nie czuć przez podeszwę, nawet jeśli wywołują lęk, gdy tylko się na nie patrzy.

Misję zajechania tych butów dostał na początku roku Kamil Leśniak, dzieciak, który z ubłoconymi buciorami (wówczas jeszcze z modelem mudclaw 300) wdarł się do czołówki polskich biegów ultra. Ujeżdżał x-claw 275 na treningach do Mistrzostw Polski w Maratonie Górskim w Szczawnicy, do Transvulcanii i Azores Trail Run. Miał je na nogach podczas zdobywania pierwszych szczytów Korony Gór Polski „na szybkości”, zabierał je też na zawody. I chociaż zdołał wygrać w nich bieg na Azorach, misja destrukcji x-claw 275 póki co zakończyła się niepowodzeniem.

Co o x-claw 275 mówi Kamil?

Bez sztucznej kokieterii – te buty są naprawdę rewelacyjne. Miałem zadanie zniszczyć je jak najszybciej i naprawdę próbowałem. Na pierwszy rzut oka stwierdziłem, że to nie but dla mnie, wyglądały zbyt topornie. Jednak gdy zacząłem w nich biegać szybko się do nich przekonałem. Mamy już czerwiec, ja dostałem je 8 grudnia, więc sporo czasu minęło odkąd zacząłem w nich biegać, a bieżnik trzyma się przyzwoicie. Zrobiłem w nich już między 1000 a 1200 km!

Ja już tak mam, że jak but mi się spodoba to biegam w nim wszystko i wszędzie. Inov-8 ma duży wybór, a ja mam możliwość wybierania wielu modeli wedle potrzeb. Jednak jak coś się sprawdzi – zostaję wierny. Lubię biegać stale w tym samym. Takim butem był przez lata mudclaw 300! Teraz zastąpił go x-claw.

Są dopasowane, dobrze opinają górną część stopy i piętę. Noga się w nich nie przesuwa, choć z początku czułem lekki dyskomfort bo opinały mnie przy kostkach. Zmieniłem sznurowanie, rozbiegałem je i jest bosko. Są dość sztywne jak na inov-8, choć biega się w nich miękko. Dobrze, że nie mają pokrycia z siateczki. Dzięki temu nie przedostaje się do nich piach i wpada do nich mniej wody przy zanurzeniu. Chociaż jak się już porządnie wdepnie w kałużę to woda nie wydostaje się ze środka tak łatwo. Nie miałem problemu z tym żeby było mi w nich za ciepło.

Biegałem w nich Estrela Trail i Azores Trail Run. Ostatnie wyścigi, które w nich przebiegłem – wygrałem. Przypadek? Nie sądzę! Dobrze się sprawdzają w bardzo trudnym terenie. Nie chodzi mi tylko o góry, a raczej o podłoże. Tam, gdzie stopy narażone są na uderzenia, zahaczenia itp. X-claw 275 są dobrze dopasowane i obudowane. Przez wysoki i drapieżny bieżnik bardzo dobrze radzą sobie w błocie. Taki miks błota i trudnej trasy miałem właśnie teraz na Azorach. Raczej nie zabrałbym tych butów na Transvulcanię, bo suche i bardzo twarde podłoże chyba nie potrzebuje takiego bieżnika. Biegałem w nich też asfaltowe treningi nad Maltą.

 

X-claw 275 to but bezkompromisowy. Jest jak wygodny staromodny fotel z poduchami w róże, we wnętrzu kamiennej angielskiej posiadłości, z którego przez przestronne okno można pooglądać skąpane w deszczu, pokryte wrzosowiskami wzgórza.

Azores Trail Run. Kamil o swoim zwycięskim biegu

Na metę Azores Trail Run, 70-kilometrowego wyścigu w Portugalii Kamil wpadł po 7 godzinach 6 minutach i 52 sekundach. Przed nim nie było nikogo. Jak się przygotowywał, jakie ma wrażenia ze startu i co pomogło mu wygrać? Zapytaliśmy go o to i wiele więcej.

Kamil, dałeś świetny pokaz mocy i dobrej taktyki na Azorach. Ale przecież na krótko wcześniej startowałeś w Transvulcanii. Co robiłeś w międzyczasie? Jak długo odpoczywałeś, regenerowałeś się, jakie np. treningi zrobiłeś? Czasu miałeś jak na lekarstwo!

Rzeczywiście, miałem bardzo mało czasu żeby coś na poważnie zmienić. Ale i wystarczająco dużo, aby wrócić na pełne obroty. Dużo pauzowałem przed Transvulcanią. Teraz potrzebowałem przypomnieć nogom jak się sprawnie poruszać. Przez dwa tygodnie po prostu biegałem. Tylko biegałem. Robiłem wycieczki biegowe na przemian długie i krótkie od 2 do 6 godzin. Zaznaczam, że wycieczki bardzo długie to nie samo bieganie. Robię sporo postojów na wodę, jedzenie i relaks z podziwianiem widoków. Po prawdzie, nic w tym okresie specjalnego nie robiłem. Chciałem tylko się rozbiegać. Raz zrobiłem tylko mocny akcent (w II zakresie po górach).

Azores Trail Run. Fot. Materiały organizatora

A jak wyglądała Twoja aklimatyzacja na Azorach? Jak dużo czasu tam spędziłeś?

Słowo aklimatyzacja tutaj w żaden sposób nie pasuje. Przylecieliśmy na 4 dni przed startem. Wystarczyło czasu na poznanie jednego etapu i odpoczynek przed startem. Start biegu był planowany o 5, czyli o 7 naszego czasu, więc dla mnie o idealnej porze. Wyspałem się. Aklimatyzację to ja robiłem właściwie w samej Portugalii, głównie w Parku Peneda-Geres. Tam też łapałem jak najwięcej przewyższeń. Co by nie patrzeć, tego mi brakowało w przygotowaniach pod ultra.

Tydzień przed startem na Azorach przenieśliśmy się z północy na południe Portugalii. Przypomniało mi się, że w tamtejszym parku Estrela też jest bieg w czasie naszej podróży, a że organizował go mój znajomy to nie było opcji żeby się tam nie pojawić! Stwierdziłem, że to będzie dobry pomysł i przepalenie dla nóg. Wystartowałem na krótkim dystansie 26 km. Mniej bolało niż trening w II zakresie tydzień wcześniej! Ale tak to powinno wyglądać w biegach dobrze przemyślanych taktycznie.

Panorama wyspy. Fot. Kamil Leśniak

A czujesz, że Transvulcania oddała Ci moc? Myślisz, że to dlatego tak dobrze pobiegłeś Azory?

Hm… właściwie to dopiero podsunęłaś mi tę myśl. Coś na pewno mi oddała. Jakby nie patrzeć zrobiłem tam ponad 70 km. Mógłbym teraz nazwać start na Kanarach treningiem, rozbieganiem przed Azorami. Tylko, że to w istocie wcale nie był trening ani kontrolowane rozbieganie. Nie wiem ile straciłem startując tam, a ile zyskałem z tej przyjemności. Na pewno dzięki temu nieudanemu startowi dobrze przemyślałem swoje bieganie. Ale najważniejszą pracę zrobiłem po Transvulcanii – po prostu biegałem po górach.

Azores Ultra Trail, Kamil Leśniak na trasie. Fot. Materiały organizatora

To jak jest na tych Azorach? Pozwiedzaliście coś?

Jest po prostu pięknie. Lubię to miejsce, bo jest luz, spokój, przyjemna temperatura do biegania. Czasem popada orzeźwiająco. Lubię te wyspy, bo nikt się tam nie śpieszy. Praca poczeka… Można się zresetować – naprawdę. Byliśmy głównie na wyspie Faial. Wyspa jest tak mała, że można ją całą zwiedzić w jeden dzień na upartego. Fakt, że atrakcji nie brakuje. Byliśmy też na wyspie Pico, gdzie znajduje się wulkan o tej samej nazwie, będący najwyższym szczytem Portugalii, ma 2351 m n.p.m..

Krajobrazowo jest tutaj istny raj! Wysp jest dziewięć, a ja byłem tylko na trzech i wiem, że chce resztę zobaczyć. Będzie możliwość połączyć to z bieganiem, bo kolejna impreza się szykuje na innej wyspie. Każda z nich oferuje coś innego, chociaż tematem przewodnim w tutejszym krajobrazie są wulkany. Jak byliśmy drugi raz na wyspie Faial postanowiliśmy wynająć samochód na jeden dzień. Chcieliśmy zwiedzić wszystko dookoła i przebiec końcowy odcinek trasy. Zobaczyliśmy krater Levady, kilka plaż omywanych pokaźnymi falami, nową część wyspy, która powstała przez wybuch wulkanu oraz kilka stromych klifów. Azory mają to do siebie, że jeszcze nie są tak turystycznie oblegane. To są cywilizowane wyspy, ale da się poczuć swojskość.

Trening na Azorach. Fot. Kamil Leśniak

A, no i jedną z największych atrakcji jest tutaj oglądanie wielorybów. W zeszłym roku nie udało nam się wybrać na taki rejs, bo po prostu nie było nas stać. Za to w tym roku dla wszystkich uczestników był duży upust na tę atrakcję, a my, dzięki organizatorowi mieliśmy ją za darmo.

O! I jak wrażenia?

Wieloryby były wspaniałe, chociaż samego rejsu dobrze nie wspominam. Ja po prostu mam chorobę morską. Znów się dałem złapać na to, chociaż Mario, jeden z organizatorów mówił, że odczucia z rejsu małą, szybką łódką są inne niż z wielkiej. Zgoda – odczucia były inne. Jednak jak zaczęliśmy dryfować mojemu żołądkowi było już obojętne to czy jest to duża czy mała łódź. Jakieś 8/10 rejsu spędziłem na nieplanowanym dokarmianiu wielorybów i leżakowaniu na boku pontonu (łodzi).

Gotowi by podglądać wieloryby. Fot. Kamil Leśniak

To opowiedz o samym biegu. Jak oceniasz poziom organizacji? Parę imprez zagranicznych już obejrzałeś, masz porównanie.

Jako zawodnik z Polski byłem dla organizatorów gościem z bardzo daleka. Przez to traktowano nas wyjątkowo. Mieliśmy zaproszenia na obiady, zafundowane zwiedzanie miasta czy też wstęp do muzeum za darmo. Organizator bardzo się starał o to, żebyśmy czuli się na wyspie dobrze. Miałem wrażenie, że nawet nie liczy na to żebym dobrze pobiegł tylko dobrze się bawił. I tak też robiłem więc nie odmawiałem piwa (śmiech). No co? Tak było! Jest w tym jakiś sens. Wszystkie te biegi są możliwością promowania wysp. Każdemu tutaj zależy na turystach. A skoro tak elegancko mnie potraktowali, to normalne, że będę oceniał ten bieg pozytywnie. Trudno mi porównywać imprezy biegowe, bo każda jest inna, każda ma inny cel. Azores Trail Run to po prostu zabawa. Dekoracja to impreza do późna z suto zastawionym stołem. Najważniejsze, że wino było (śmiech). Mam wrażenie, że bieg na Azorach wchodzi właśnie w fazę imprezy elitarnej, ale mocno chce się trzymać idei kameralności. To jest akurat fajne.

O! Plusem jest tutaj duża liczba fotografów. Jest to strasznie motywujące. He he, tak! Właśnie motywujące. Trzeba się wyprostować, powalczyć, uśmiechnąć, a przede wszystkim biec, bo zdjęcie musi być przecież dobre. Jeszcze ktoś zobaczy, że idę! Więc to jest duży plus, a w dodatku zdjęcia są darmowe.

Oczywiście były też różne niedociągnięcia, ale tak to już jest na biegach. Tym bardziej, że pogoda nie sprzyjała.

Fot. Kamil Leśniak

A trasa? Na czym polegały trudności? Była techniczna czy raczej łatwa?

W większości była bardzo przyjemna. Zbiegi były łaskawe dla nóg i można było się rozpędzić. Mocno się jednak zdziwiłem jak pogoda może wpłynąć na trasę. Z profilu wynikało, że odcinek, który organizator dodał do trasy, wydawał się łatwy. W rzeczywistości okazał się być diabelsko trudny. Mógłbym tu rzucać wulgaryzmami, bo było za co. To był odcinek tuż za wulkanem czyli jeszcze bardzo wietrzny, usłany kępami trawy z ogromnymi dziurami pomiędzy nimi. Nie potrafię tego nawet nazwać, ale żeby bezpiecznie przebrnąć przez to pole męki trzeba było przeskakiwać z jednej kępy na drugą. W innym wypadku czekało cię soczyste nurkowanie w błocie. Wciągającym błocie. I przypomniało mi się, że w zeszłym roku na wyspie Pico też miałem podobną sytuację. Zostawiałem buty na trasie!

Fot, Kamil Leśniak

Serio? To chyba było frustrujące?

Jeszcze przed startem powiedziałem sobie, że nie będę się stresował. Podstawa to zabawa. Bardzo mało czasu spędziłem na taktyce i logistyce. I jak szukałem tych butów w błocie tracąc czas, byłem bardzo spokojny i wesoły. Wystarczyło wrócić myślami do tego jaki cel sobie postawiłem i nagle znów bieg mi się podobał. I chociaż od tego momentu pogoda coraz bardziej dawała znaki, to już mi to nie przeszkadzało. Zniknęły też kępy z błotem, a pojawiły się szybkie ścieżki w dół. Dla mnie idealnie, bo dobrze się czułem, wiedziałem, że zawodnikom za mną ciężko będzie odrobić czas przy szybkich odcinkach, nawet jakby ktoś się świetnie czuł.

Bieg treningowy w parku Estrela w Portugalii. Kamil Leśniak. Fot. Materiały organizatora

Jak Ci się w ogóle biegło? Miałeś dzień konia czy były trudności?

Najpierw pocisnęło mi się na język, że miałem dzień konia, ale nie, chyba jednak tak nie było. Po prostu zachowałem zimną krew we wszystkim aspektach. Pilnowałem tego, żeby nie robić dużych błędów, nie zacząć za szybko, pamiętać o jedzeniu. Chyba głównym powodem sukcesu było wyluzowanie i dobry trening.

A jak pamiętałeś o jedzeniu to co jadłeś?

Dwa razy skorzystałem z punktów żywieniowych na chyba sześć możliwych. I nie spędziłem tam sporo czasu. Oprócz wody zabrałem tylko ćwiartkę pomarańczy. Wszystko miałem ze sobą. Andrzej Olszanowski rozpisał mi suplemnety Hammera na trasę tak, abym nie musiał się zatrzymywać.

"Swojskie jedzenie". Oczywiście nie na trasie biegu. Fot. Kamil Leśniak

No dobra. Płakałeś?

Nie musiałem (śmiech). Jakby się dłużej zastanowić to pierwszy raz nie płakałem! Przez cały czas pilnowałem założeń i biegłem równo. Przez chwilę było ciężko i już się zbierało na kryzys. Jednak może to wydawać się magiczne i głupie, ale wystarczyło, że po prostu przemyślałem to, co robię tu i teraz i przypomnienie sobie, że chce się dobrze bawić. Powydzierałem się troszkę na siebie ze śmiechem – taki troszkę psychopata. Wystarczyło.

A czy to przypadkiem nie były Twoje pierwsze wygrane zawody ultra?

Ten moment, gdy wbiegasz na metę jako pierwszy. Kamil witany jako zwycięzca. W tle widać, że pogoda nie rozpieszczała biegaczy. Fot. Materiały organizatora/Jose Macede

No, były. Dopiero na finiszu się zacząłem troszkę stresować, bo głupi ja spytałem się na punkcie ile minut za mną jest kolejny zawodnik. Dostałem odpowiedź: cztery minuty. Teraz to wątpię, bo w ciągu ośmiu kilometrów z 4 minut zrobiły się 22 na mecie. A zawodnik za mną nie wyglądał na mecie tak jakby zaliczył jakiś wielki kryzys na końcówce.

A kiedy wyszedłeś na prowadzenie?

Dopiero na jakimś 20. kilometrze. Przez większość trasy czułem się wyluzowany, nie cisnąłem początku. Fakt, że tempo prowadzących nie było szybkie , ale i tak nie chciałem szarżować i podpuszczać rywali do szybszego biegu. W dodatku miałem słabo naładowaną latarkę, o której nawet myślałem przed startem. Jednak stwierdziłem, że to będzie dla mnie lepiej, żeby mnie spowolniło na początku. Przytrzymam się jakieś grupy biegaczy. Noc zostawiłem dla innych. Od tego 20. kilometra wiedziałem już, że mogę powalczyć o zwycięstwo. To była chłodna analiza, a nie pewność siebie. Musiałem tylko wszystko dobrze zrobić.

Kamil, gratulujemy! Tak trzymaj!

Korona Gór Polski „na szybkości” – zdobywamy szczyty!

Dwadzieścia osiem szczytów polskich pasm górskich, dwoje szybkich biegaczy, piękne i trudne górskie szlaki, a do tego wszystkiego – tykający zegar. Kamil i Viola jadą wyznaczać wzorce.

Od Tarnicy w Bieszczadach, przez Rysy w Tatrach i Łysicę w Górach Świętokrzyskich, aż po zachodnie skraje Sudetów. Koronę Gór Polski zdobywano biegiem i na rowerze, ustanawiano najlepsze czasy w pokonaniu całości. My rozbieramy ją na czynniki pierwsze. Wybieramy najładniejsze, najbardziej efektowne szlaki od podnóża do wierzchołka każdej z gór Korony, aViola Piatrouskaya i Kamil Leśniak, znakomici zawodnicy z Teamu inov-8, sprawdzą jak szybko da się tam wbiec.

Formuła jest jeszcze mało znana w Polsce. Na zachodzie określa się ją mianem Fastest Known Time. (FKT). Biegacze ścigają się z czasem na znanych szlakach, z dokładnie i zawsze tak samo wyznaczonym miejscem startu i metą. Dzięki temu każdy może się z taką trasą zmierzyć i poznać swoje miejsce w stawce górskich biegaczy.

Viola i Kamil to piekielnie szybka dwójka, piękna i bestia. Choć każde z nich ma w sobie sporo jedno i drugie. Każde ma również na koncie spore sukcesy w biegach górskich w Polsce i za granicą.

Na każdy ze szczytów pobiegną najszybciej jak potrafią, rzucając wyzwanie kolejnym śmiałkom. Każdy biegacz, miłośnik gór i przygód będzie mógł się zmierzyć z wyznaczonymi przez nas trasami i zawalczyć z ustanowionymi przez nasze charty wynikami. Każdy będzie mógł zarejestrować swoją próbę na stronie, która ruszy już w wkrótce, i zobaczyć swoje nazwisko na liście wyników wszech czasów.

DCIM100GOPROG1151296.

Przed nami kilka wypraw. Na każdym z wyjazdów Viola i Kamil będą wbiegać na 4-5 szczytów. Każdego dnia jednoz nich zmierzy się z wyzwaniem, a drugie będzie zbierać siły przed kolejnym wyczerpującym biegiem. Powstaną filmy i relacje, które – mamy nadzieję – staną się inspiracją dla następnych. Każdy bieg będzie miał swój ślad w postaci zapisu GPS. Na każdym z wyjazdów do biegaczy dołączy gość specjalny, mocny biegacz z górskiej czołówki.

Na pierwszy ogień, na samym początku kwietnia poszły: Ślęża, Wielka Sowa, Szczeliniec Wielki, Orlica i Kłodzka Góra. Pod koniec maja Viola zmierzyła się z Tarnicą. O każdym z ataków możecie przeczytać na osobnych stronach, obejrzeć segmenty stworzone przez naszych biegaczy, sprawdzić punkt startu, założyć biegowe buty i ruszać z zegarkiem na trasę!

Akcja potrwa do końca października. Do Violi i Kamila można dołączyć na szlaku, wesprzeć albo dać im poczuć swój oddech na plecach. Zapraszamy do kibicowania i śledzenia akcji na fanpage’u Team inov-8.

Odwiedź stronę projektu Korona Gór Polski „na szybkości” i przeczytaj relacje z pierwszych ataków.

KALENDARZ PROJEKTU

30 czerwca Nr szczytu  ZACHODNIE SUDETY Janowice Wielkie wysokość [m]
10 Wysoka Kopa Góry Izerskie 1126
3 Śnieżka (wierzchołek graniczny) Karkonosze 1602
18 Skalnik Rudawy Janowickie 945
26 Skopiec Góry Kaczawskie 724
19 Waligóra Góry Kamienne 936
24 Chełmiec Góry Wałbrzyskie 851
29 marca  ŚRODKOWE SUDETY Kłodzko wys. [m]
27 Ślęża Masyw Ślęży 718
14 Wielka Sowa Góry Sowie 1015
21 Szczeliniec Wielki Góry Stołowe 919
12 Orlica (wierzchołek graniczny) Góry Orlickie 1084
25 Kłodzka Góra Góry Bardzkie 765
6 października  KOTLINA WSCHODNIA Stronie Śląskie wys. [m]
4 Śnieżnik (wierzchołek graniczny) Masyw Śnieżnika 1425
11 Rudawiec (wierzchołek graniczny) Góry Bialskie 1112
16 Kowadło (wierzchołek graniczny) Góry Złote 989
23 Biskupia Kopa (wierzchołek graniczny) Góry Opawskie 889
17 Jagodna Góry Bystrzyckie 977
27 lipca  BESKID ŻYWIECKI I OKOLICE Bielsko-Biała wys. [m]
8 Skrzyczne Beskid Śląski 1257
2 Babia Góra (wierzchołek graniczny) Beskid Żywiecki 1725
20 Czupel Beskid Mały 933
16 sierpnia  BESKIDY ŚRODKOWE + TATRY wys. [m]
1 Rysy (wierzchołek graniczny) Tatry 2499
6 Turbacz Gorce 1310
9 Mogielica Beskid Wyspowy 1171
22 Lubomir Beskid Makowski 904
28 sierpnia  BESKIDY WSCHÓD + ŁYSICA wys. [m]
7 Radziejowa Beskid Sądecki 1262
28 Łysica Góry Świętokrzyskie 612
15 Lackowa (wierzchołek graniczny) Beskid Niski 997
13 Wysoka (Wysokie Skałki) (wierzchołek graniczny) Pieniny 1050
24 maja  BIESZCZADY wys. [m]
5 Tarnica Bieszczady 1346

 

Jak przygotować się sprzętowo do ZUK-a? Kilka praktycznych porad.

Zimowy Ultramaraton Karkonoski to ekstremalny bieg. Niech nie zwiodą Was ani dystans („tylko” 52 km), ani stosunkowo niewielkie przewyższenie (+1800 / -2000 m), ani zdjęcia Waszych znajomych z poprzednich edycji, na których szeroko się uśmiechają i zdają się świetnie bawić. ZUK to bardzo trudne zawody, które przy złej pogodzie mogą się zamienić w prawdziwe piekło! Dlatego warto się do nich solidnie przygotować.

Profil trasy Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego

Profil trasy Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego

BUTY

Odpowiednie obuwie to pierwszy element, na który powinniśmy zwrócić szczególną uwagę, zanim pognamy ku Hali Szrenickiej i Śnieżce. Trasa ZUK-a jest bardzo zróżnicowana pod względem podłoża, dlatego niezależnie od warunków jakie przywitają nas 12 marca w Karkonoszach, powinniśmy być przygotowani na wszystko. Przede wszystkim na śnieg we wszystkich postaciach – od świeżego, kopnego puchu, przez twardy, zbity gips, po niebezpieczny i kontuzjogenny lód. Najlepszym rozwiązaniem wydają się być buty z wbudowanymi kolcami, które znacznie zmieniszają ryzyko upadku na zmarzniętej nawierzchni.

Przykład obuwia z wbudowanymi kolcami: Inov-8 Arctic Talon

Przykład obuwia z wbudowanymi kolcami: Inov-8 Arctic Talon

Przykład podeszwy z kolcami - pożądanej na trasie ZUK-a

Przykład podeszwy z kolcami – pożądanej na trasie ZUK-a

Jeśli jednak nie mamy takich butów, warto rozważyć antypoślizgowe nakładki z kolcami. Mają niewielkie rozmiary, są lekkie, łatwo się je nakłada i jeszcze łatwiej zdejmuje, więc śmiało można je wykorzystać tylko na najtrudniejszych fragmentach trasy.

Przykład antypoślizgowych nakładek z kolcami: Intrax Outdoor

Przydadzą się szczególnie na mokrym lodzie w przypadku roztopów. Alternatywą dla kolców jest bardziej typowe obuwie z agresywnym bieżnikiem. Choć trzeba pamiętać o tym, że nawet najbardziej przyczepna guma może nas nie uratować przed zjazdem ze Śnieżki na tyłku!

Przykład butów z agresywnym bieżnikiem: Inov-8 Mudclaw 300

Przykład butów z agresywnym bieżnikiem: Inov-8 Mudclaw 300

Przykład agresywnego bieżnika, bardzo przydatnego na trasie ZUK-a

Przykład agresywnego bieżnika, bardzo przydatnego na trasie ZUK-a

KURTKA

Drugim najważniejszym elementem wyposażenia na tak wymagający bieg jak ZUK jest porządna kurtka. W regulaminie biegu jest wyraźnie zaznaczone, że musi być ona wodo- i wiatroodporna. I w żadnym wypadku nie jest to kaprys organizatorów.

Przykład wiatro- i wodoodpornej kurtki, wersja męska: Inov-8 Stormshell

Przykład wodo- i wiatroodpornej kurtki, wersja męska: Inov-8 Stormshell

Przykład wiatro- i wodoodpornej kurtki, wersja damska: Inov-8 Stormshell

Przykład wodo- i wiatroodpornej kurtki, wersja damska: Inov-8 Stormshell

Karkonosze, zwłaszcza zimą, potrafią być nieprzewidywalne. Może być tak, że z Polany Jakuszyckiej wystartujemy w piękny wiosenny poranek, a już na wysokości Śnieżnych Kotłów zderzymy się z mroźną zimą i wiatrem, gotowym jednym podmuchem zwiać nas z grani. Dlatego kurtka o wysokich parametrach wiatro- i wodoodporności obowiązkowo musi się znaleźć w Waszych plecakach!

Przykład wodo- i wiatroodpornej kurtki: Inov-8 Raceshell

Przykład wiatro- i wodoodpornej kurtki: Inov-8 Raceshell

PLECAK

Plecak (lub kamizelka biegowa) to kolejny element z listy wymaganej przez organizatorów na całej trasie ZUK-a. Dobry plecak powinien być: lekki, wygodny, w miarę pojemny i oferować łatwy dostęp do –również obowiązkowego – przynajmniej 1-litrowego pojemnika na płyn. Przydatnym rozwiązaniem są kieszonki w przedniej części (w ramiączkach), dzięki którym łatwo możemy sięgnąć na trasie po telefon, żel energetyczny czy batona.

Przykład kamizelki biegowej: Inov-8 Race Elite Vest

Przykład kamizelki biegowej: Inov-8 Race Elite Vest

Warto pamiętać, że zimą bukłaki (a szczególnie rurki) lubią zamarzać. W razie takiej awarii, najlepiej schować rurkę i ustnik pod kurtkę. Najlepiej sprawdzi się plecak mały i płaski, który schowany pod kurtką, nie będzie krępował nam ruchów. Na zimowych biegach zwykle zdają egzamin także plecaki (kamizelki) z uchwytami na bidony na klatce piersiowej. Tu mamy do nich łatwy dostęp, więc nawet jeśli zamarznie nam ustnik, możemy odkręcić nakrętkę i napić się „z gwinta”.

Przykład plecaka biegowego: Ultimate Direction WASP

RĘKAWICZKI I SKARPETY

Wodoodporne rękawiczki również są elementem obowiązkowym. Jednak warto sie w nie zaopatrzyć nie tylko ze względu na ryzyko kary czasowej za ich brak. W przypadku nagłego załamania pogody pomogą nam uniknąć wychłodzenia.

Przykład wodoodpornych, oddychających rękawic: SealSkinz Ultra Grip

Przykład wodoodpornych, oddychających rękawic: SealSkinz Ultra Grip

Podobnie jest z wodoodpornymi skarpetami, które pozwolą nam przebiec ZUK-a suchą stopą. To rozwiązanie, stosowane przede wszystkim na deszczowych, jesiennych ultra, sprawdzi się doskonale także w marcu w Karkonoszach! Alternatywnie wybierzmy tradycyjne, ciepłe i wytrzymałe skarpety z wełny merino.

Przykład wodoodpornych, oddychających skarpet: SealSkinz Thin Ankle Length Sock

Przykład wodoodpornych, oddychających skarpet: SealSkinz Thin Ankle Length Sock

Przykład skarpet z wełny merino: Inov-8 Mudsoc High

Przykład skarpet z wełny merino: Inov-8 Mudsoc High

SPODNIE

W tym miejscu nie ma sensu się rozpisywać, długie spodnie po prostu muszą być i już! Ale warto wspomnieć, że wielu biegaczy i wiele biegaczek stosuje podwójną ochronę i na ciepłe legginsy zakładają dodatkową warstwę – szorty.

Przykład długich legginsów: Inov-8 Race Elite Tight

Przykład długich legginsów: Inov-8 Race Elite Tight

W przypadku wietrznej zawieruchy świetnie sprawdza się też zestaw: standardowe legginsy plus szersze, luźniejsze spodnie na wierzchu. To bardziej wszechstronne rozwiązanie niż jedna para ciepłych gaci. Bo dodatkowe spodnie można trzymać w plecaku i założyć w przypadku awarii. Za to zdecydowanie odradzamy legginsy ¾ – pamiętajmy, że 12 marca to wciąż zima!

Przykład luźniejszych spodni biegowych: Dobsom R-90

Przykład szerszych spodni biegowych: Dobsom R-90

BIELIZNA

Na ZUK-a warto dodatkowo „docieplić się” termoaktywną bielizną albo bielizną z wełny merino. Szczególnie polecamy to drugie rozwiązanie ze względu na wyjątkowe właściwości wełny z owiec Merynosów.

Przykład bielizny: Inov-8 Base Elite Merino

Przykład bielizny: Inov-8 Base Elite Merino

To materiał, który grzeje, gdy jest nam zimno, a chłodzi i odprowadza wilgoć, kiedy się zgrzejemy. Na dodatek – w przeciwieństwie do bielizny z innych surowców – nie śmierdzi, gdy ją przepocimy.

Przykład bielizny: Inov-8 Race Elite LSZ

Przykład bielizny: Inov-8 Race Elite LSZ

STUPTUTY

Stuptuty to specjalne ochraniacze, „getry” trzymające śnieg z dala od stóp. Dodatkowo zapobiegają zamarzaniu sznurówek (kto kiedyś próbował zawiązać ponownie takie sopelki, ten wie, o czym mówimy). Ocieplają też stopy i ścięgno Achillesa, które nie lubi być nacierane śniegiem i chłodzone w czasie pracy.

Przykładowe stuptuty: Inov-8 Race Ultra Gaiter

Przykładowe stuptuty: Inov-8 Race Ultra Gaiter

FOLIA NRC

Warto (a nawet trzeba) pamiętać o jej istnieniu. I o obowiązku posiadania jej ze sobą na całej trasie ZUK-a. Folia działa nie tylko na postojach. Można ją również założyć na kurtkę a pod plecak – wówczas nie trzeba przytrzymywać jej w biegu rękoma. Można też wyciąć dziurę na głowę i zrobić z niej „poncho”. To wszystko dosyć ekstremalne rozwiązania, ale trzeba o nich pamiętać. Tak samo jak o tym, że jeśli folia NRC ma nas grzać, powinniśmy ją przyłożyć srebrną stroną do ciała!

Folia ratunkowa NRC

Folia ratunkowa NRC

PODSUMOWANIE

Jak już dobierzecie odpowiedni (i zgodny z wymaganiami organizatorów!) sprzęt, warto przed startem przebiec się po trasie, po kluczowych, najbardziej wietrznych, najzimniejszych fragmentach. Naprawdę nie zaszkodzi sprawdzić, jak spisuje się nasz sprzęt. Jeśli coś nie działa na treningu, na zawodach na pewno nie przyprawi nam uśmiechu. Do zobaczenia!

kshysiek wspiera zuk

„Znajomi traktowali nas jak wariatów” – rozmowa z Adamem Folandem, rajdowcem i współzałożycielem Sklepu Napieraj. O rajdach, prowadzeniu biznesu i marzeniach.

Adam podczas Emmet Cross Poznań 2005

Adam podczas Emmet Cross Poznań 2005

Na sklepowej stronie internetowej w zakładce „o firmie” chwalisz się, że masz na koncie najwięcej startów w napierajowej drużynie. Jest szansa, że ich lista będzie się wydłużała, czy to już czas na podsumowanie przygody z rajdami?

Ten tekst był pisany 5 lat temu, dużo się od tamtej pory zmieniło. W 2012 roku miałem wypadek, który mnie uziemił. Rozwaliłem kolano i teraz przebiegnięcie nawet 5 km to dla mnie wyzwanie. Od wypadku nie ma szans na rajdy, mogę tylko chodzić. Jeśli gdzieś startuję, to głównie na rowerze.

Jak zostałeś rajdowcem?

W moim przypadku zaczęło się tak, jak zaczęły się rajdy w Polsce, czyli od Salomon Trophy w 2000 roku. Wystartowaliśmy tam z Krzyśkiem Dołęgowskim, Adamem Michniokiem i jeszcze jednym naprędce dobranym kolegą. Od razu złapaliśmy bakcyla. Spodobało nam się, że to jest takie… długie i zepołowe.

Na początku był w Polsce jeden rajd, więc przez cały rok szykowaliśmy się przede wszystkim do niego. Dopiero później pojawił się wybór. Bodajże w 2003 roku na Adventure Trophy po raz pierwszy wystartowaliśmy w zespole z Gawłem Bogutą. Tuż przed zawodami wykruszyła się jedna osoba i na jej miejsce wskoczył Gaweł. Wcześniej i później do drużyny dochodziły i odchodziły z niej różne osoby. W różnych okresach startowaliśmy między innymi z Piotrkiem Dymusem, Anią Kowalewską, jej siostrą Olą i wspomnianym Adamem Michniokiem.

Bergson Winter challenge

Bergson Winter Challenge, stoją: Krzysiek, Adam i Ania Kowalewska. Leży Dymus

Pamiętam, że na pierwsze zawody pojechaliśmy pociągiem, to było wyzwanie! Na drugie pojechaliśmy już samochodem – w 4 osoby i z rowerami w bagażniku. Musieliśmy wymontować jedno siedzenie, żeby wszystko się zmieściło. Na pierwszym rajdzie na cały zespół mieliśmy tylko jedną bluzę i jedną koszulkę techniczną [śmiech].

To były czasy, kiedy nikt nie wiedział, o co chodzi. Jedni stawali na starcie z wielkimi plecakami, butami za kostkę, namiotami i karimatami, a inni w lekkim stroju i jeszcze lżejszych butach biegowych na stopach.

Co Cię tak urzekło w rajdach?

Fajne było to, że na początku nie myśleliśmy o niczym więcej, niż o ukończeniu. Wyzwaniem było dotrzeć do mety, nigdy nie mogliśmy być pewni, czy nam się uda. To było coś nowego, świeżego. Ruszyć w akcję trwającą tyle czasu, zostawić codzienność i kilkadziesiąt godzin działać – bardzo nas to pociągało. Znajomi traktowali nas jak wariatów, kiedy słyszeli, co robimy. Ale my byliśmy z siebie dumni! Potem zrobiło się więcej rajdów, w tym krótkich, więc zaczęło się ściganie. Wcześniej jedynym zadaniem było po prostu przetrwać.

Jakie były Twoje najmocniejsze i najsłabsze strony?

Najmocniej czułem się na zadaniach specjalnych. Przyszedłem do rajdów z gór, ze wspinania, więc gdy trzeba było zrobić coś z linami, my sprawnie przemykaliśmy, a wiele zespołów niemiłosiernie się męczyło.

Za to najsłabsze zawsze były u mnie rolki – nigdy na nich nie jeździłem, dopiero jak mi kazano, to zacząłem. Na pierwszych zawodach pożyczyłem dziecięce rolki mojego brata. Nie wytrzymały ciężaru i stopiły się w nich kółka [śmiech]. Pozostałą część etapu musiałem przebiec.

Trening biegowy w Alpach, Hohe Tauren

Adam na treningu biegowym w Alpach. Hohe Tauren

Jak się zrodził pomysł założenia własnego sklepu?

Tuż przed naszym pierwszym wspólnym startem Gaweł założył stronę napieraj.pl i tak to się zaczęło – wspólne starty i wspólne robienie strony. Ja wtedy robiłem doktorat na psychologii, ale czułem, że środowisko akademickie to nie do końca moja bajka i chciałemspróbować czegoś innego. Postanowiliśmy więc z Gawłem spróbować podpiąć pod stronę sklep. Do rajdów było potrzebne dużo sprzętu, który w tamtych czasach był bardzo trudno dostępny. Zgromadziliśmy go więc w jednym miejscu i tak w 2007 roku wystartował Sklep Napieraj. Po dwóch latach dołączył Krzysiek, a po kolejnych dwóch pożegnał się z nami Gaweł. Dziś prowadzimy sklep we dwóch z Krzyśkiem.

Jaki wpływ na prowadzenie własnego biznesu ma Twoje doświadczenie rajdowe?

Pierwsze co przychodzi mi do głowy, to zaufanie do partnera. Możemy z Krzyśkiem na sobie polegać. Dużo razem przeżyliśmy. Na rajdzie jest tak, że zawsze ktoś będzie miał kryzys i trzeba będzie mu pomóc. W biznesie jest tak samo. Jak jednemu brakuje pary, to drugi ciągnie go za uszy. Rajdy to potężna logistyka – planowanie etapów, dowożenie sprzętu na miejsce – takie doświadczenie pomaga w biznesie, łatwiej wszystko poskładać do kupy.

W rajdach byłem nawigatorem. Rolą nawigatora jest doprowadzić drużynę najszybszą, najkorzystniejszą trasą z punktu do punktu. Przekładając to na działania firmy, jeśli mam podane dwa punkty biznesowe na mapie i mam przeprowadzić nasz biznes z jednego do drugiego, to mogę powiedzieć, że tu też jestem nawigatorem.

Adam nawiguje na etapie rowerowym

Adam nawiguje na etapie rowerowym

W ostatnich latach powstała masa sklepów – szczególnie internetowych – i dziś wielu z nich już nie ma. Dlaczego, gdy inni sobie nie poradzili, Wy ugruntowaliście swoją pozycję na rynku?

Myślę, że po pierwsze miało znaczenie to, że na początku sprzedawaliśmy towar znajomym. Naszym klientem zawsze był ktoś kogo znaliśmy, kolega, koleżanka, czasem przyjaciel. I to podejście nam zostało – nawet obcego traktujemy jak kogoś bliskiego, kogo jutro możemy spotkać na zawodach i komu chcemy zaoferować najlepszy sprzęt. Druga sprawa to to, że startowaliśmy z symbolicznym kapitałem. Żyliśmy z innych rzeczy, a całość zysków ze sklepu bardzo długo przeznaczaliśmy w stu procentach na rozwój.

Dziś Napieraj to już nie tylko sklep i portal, ale i kilka imprez biegowych, w tym Chudy Wawrzyniec, jeden z największych ultramaratonów w kraju. Zrobiło się z tego Napieraja niezłe przedsięwzięcie – jak sobie z nim radzicie?

Tak naprawdę to nie wiem, czy sobie radzimy [śmiech]. Na pewno sami nie dalibyśmy rady. Jak to kiedyś ktoś ładnie określił: „Nasz cygański obóz Napieraja wzbogacił się o nowe dusze”. Napieraj to bardziej żywy organizm, niż ściśle usystematyzowana struktura. Pewnym rzeczom dajemy żyć własnym życiem i patrzymy jak się rozwijają. Pozwalamy różnym elementom firmy rozkwitnąć albo umrzeć. No i staramy się mieć zaufanie do naszych współpracowników. Nie wściubiamy im nosa w robotę co 5 minut, chcemy dać ludziom szansę się wykazać, żeby czuli, że pracują nie dla nas, a z nami.

Team Napieraj w komplecie

Team Napieraj: Kasia, Dominik, Tomek, Tamara, Adam, Kshysiek, Magda, Łajka i Miki

Co uznajesz za Wasz największy autorski sukces, a co za porażkę?

Jeżeli było coś, co nie wypaliło, to szybko to wyparłem. Czasem robi się błędy, ale spektakularnych wtop nie było. Natomiast na pewno Chudy Wawrzyniec jest czymś, co ładnie wystrzeliło. Osobiście nie spodziewałem się , że tak się nam rozwinie. Przy czym Chudy to dla mnie takie biznesowe wakacje – fajna okazja do wyjechania do pracy w góry. Zawsze lubiłem organizować coś ludziom, sprawia mi frajdę, jak coś co robię, działa i ludzie dobrze się bawią. Kiedy na Chudym widzę, że ludzie się cieszą, że są radośni, mam mega satysfakcję. No i jest to odskocznia od siedzenia przy kompie.

Oprócz tego wszystkiego jesteście wyłącznym dystrybutorem Inov-8 na Polskę. Jak to się stało, że dwóch chłopaków ze wschodniej Europy dostało taki kredyt zaufania od poważnej brytyjskiej firmy?

Nie było żadnego kredytu zaufania. To był twardy biznes. Powiem więcej, trzeba było ich wręcz namówić, żeby cokolwiek nam sprzedali. Musieliśmy ich przekonać, że mamy wizję i wykazać się, że jesteśmy w stanie przekonać polskich napieraczy do biegania w sprzęcie inov-8.  Warunki były jasne – jeśli sprzedamy odpowiednio dużo, możemy zostać dystrybutorem.

Na początku było w Polsce kilku sprzedawców, ale to nam udało się tak zakręcić, żeby wypracować sobie status dystrybutora. A wszystko zaczęło się od kilkudziesięciu par butów…

Jak sobie wyobrażasz Wasz dalszy rozwój? Marzysz o większej skali biznesu?

Ja najczęściej siedzę w maszynowni pod pokładem statku Napieraj i pilnuję, żeby nie miał dziur w poszyciu. Przez to zwykle brak mi prądu, żeby myśleć o nowych kierunkach. Do tej pory głównie pilnowałem, żebyśmy nie zatonęli. Dopiero ostatnio jest trochę lepiej i mogę zacząć wychodzić na pokład.

Adam na pokładzie z Piotrkiem Dymusem, Old Spice Adventure Race 2005

Adam na pokładzie z Piotrkiem Dymusem, Old Spice Adventure Race 2005

Na pewno nie marzę o garniturze, szoferze i wejściu na giełdę. Raczej myślę jak student, który zarobił pierwsze parę groszy na robotach linowych i się z tego cieszy. Patrzę na Napieraja jak na organizm, który trzeba stymulować, ale nie narzucać mu wytycznych. Nasza firma jest jak zawodnik, a my jak trener. Obserwujemy jak się rozwija, nie oczekujemy tytułu mistrza w rok, bo moglibyśmy go zabić. Jasne, że myślimy o wprowadzeniu nowych marek, organizowaniu nowych biegów, ale nie wsadzamy tych planów w tabelki. Po prostu dajemy rzeczom się dziać…

Za co najbardziej lubisz swoją pracę?

Za to, że nie muszę do niej dojeżdżać, za elastyczny czas pracy i za to, że robię rzeczy, których nie muszę się wstydzić. Sprzedaję sprzęt, który służy ludziom do realizacji biegowych marzeń. Nie żyję z wciskania kitu, tylko ze sprawiania ludziom radości. Fajne jest też to, że jak wychodzę na trening, nie mam dylematu: „praca albo trening”. Bo w tej robocie trening też jest pracą. Ruszam się, bo chcę robić to samo co moi klienci. Po prostu dobrze sie czuję, kiedy znam się na tym, co sprzedaję.

Adam na treningu biegowym w Norwegii

Adam na treningu biegowym w Norwegii

A jest coś co Cię w niej szczególnie wkurza?        

Chyba to, co każdego przedsiębiorcę w Polsce, czyli chore przepisy. No i traktowanie małej firmy tak samo jak korporacji albo i gorzej. Wkurza mnie też, jak ktoś chce zaoszczędzić chwilę, robiąc coś na skróty. Zwykle potem trzeba poświęcić trzy razy więcej czasu na korygowanie błędów.

Czego byś sobie życzył w nadchodzącym 2016 roku?

Mam pewne plany startowe i bardzo bym chciał, żeby wypaliły. Ale nie zdradzam, bo poprzednim razem się napaliłem, ale przez wypadek nic z nich nie wyszło. Wolę nie zapeszać. No i przyszłym roku wskoszy mi 4 z przodu w metryce. Lubię tę cyfrę i mam nadzieję, że na miejscu dziesiętnym też się sprawdzi!

A czego życzysz Waszym klientom?

Żeby mogli więcej startować i zawsze docierać do mety. Krócej mówiąc, życzę im satysfakcji z napierania!

Radość z napierania na mecie TNF Adventure Trophy 2005

Radość z napierania na mecie TNF Adventure Trophy 2005. Na zdjęciu: Dymus, Ola Łapińska, Adam i Adam Michniok

„Do korporacji nie wracam!” – Viola Petrovskaya

­­­­­­GOPR1695

Viola, jak trafiłaś do Polski?

5 lat temu przyjechałam z Białorusi na studia. Bardzo chciałam studiować w innym kraju i w języku angielskim. Początkowo miałam jechać do Szwecji, ale to była szkoła on-line, a ja chciałam mieć normalną uczelnię i normalne zajęcia. Miałam więc do wyboru Czechy albo Polskę. Do Polski było bliżej i taniej i tak się tu znalazłam.

Moja mama pochodzi z północy Rosji, a tata jest Białorusinem polskiego pochodzenia (mój dziadek był Polakiem). Obecnie staram się o uzyskanie polskiego obywatelstwa. Dzięki dziadkowi jest duża szansa na to, że się uda. Jak wszystko dobrze pójdzie, oficjalnie będę Polką za pół roku. Ale już teraz startuję pod polską flagą.

Jak to wszystko się zaczęło?

Na Białorusi biegałam od dzieciństwa, od jedenastego roku życia. Któregoś ranka poszłam z rodzicami na trening, a w lesie akurat odbywały się za zawody w biegu na orientację. Powiedziałam im: „Mamo, tato, ja też tak chcę!”. Moi rodzice byli alpinistami, chodzili po górach i w górach się poznali, sport był dla nich codziennością. Nie dość, że się zgodzili, to jeszcze później – za moim przykładem – zaczęli biegać już nie tylko rekreacyjnie, ale też startować w zawodach. W półmaratonach, maratonach, a teraz myślą także o biegach górskich.

Bieganie z mapą to było dla mnie coś niesamowitego. Jak pierwszy raz znalazłam się w porządnym bagnie, poczułam się niepewnie. Bałam się, że tam zostanę. Ale jak już byłam na mecie, chciałam do niego wrócić. Jak padał deszcz, było zimno, a wszyscy siedzieli w domu albo w kawiarni, my jechaliśmy do mokrego, zimnego lasu. Moment kiedy zbierasz rzeczy do torby to nic pięknego, ale już po treningu czy zawodach – to czyste szczęście! Ale to też sport nie dla każdego. Ze względu na pogodę, podrapane nogi, ręce… Trzeba umieć się przedzierać przez krzaki, spaść ze skały i potrafić biec dalej.

DSCN3295

Niedawno publicznie ogłosiłaś, że rzucasz pracę w korporacji i ruszasz w Alpy…

Przez ostatnie 2 lata byłam content managerem w Schneider Electric, francuskiej firmie z gałęzi przemysłu energetycznego. Byłam odpowiedzialna za strukturę folderów, nadzorowałam przenosiny danych przy tworzeniu nowych platform internetowych. Ciągle siedziałam w biurze, coraz częściej po godzinach, a to zupełnie nie pasowało do mojego aktywnego trybu życia. Największą zaletą mojej pracy było to, że raz w roku jeździłam na 2 tygodnie do siedziby firmy w Grenoble i mogłam pobiegać po górach [śmiech]. ­­­­­­

To prawda, że do korporacji trafiłaś dzięki bieganiu?

Tak. Schneider Electric co roku organizuje w Paryżu uniwersyteckie zawody World Academic Sport Challenge. Pojechałam tam z moim teamem z polskiej uczelni. Byłam kapitanem drużyny i po powrocie ludzie ze Schneidera zaprosili mnie, żebym opowiedziała o zawodach i o całym wydarzeniu. Chwilę później dostałam od nich zaproszenie na staż asystencki. Poszłam i zostałam na 2 miesiące, a potem zgłosiłam się do pracy i zostałam na 2 lata. Aż do wyjazdu w Alpy…

A zatem rzucasz pracę, wyjeżdżasz w Alpy i co dalej?

Planowaliśmy ten wyjazd z moim chłopakiem Ilyą już od dawna – jeszcze zanim podjęłam decyzję o rzuceniu pracy. Wyjechalibyśmy więc tak czy inaczej. Z tą różnicą, że gdybym została w pracy, miałabym coraz więcej obowiązków i coraz mniej czasu na treningi. Zdecydowałam, że zamiast siedzieć w biurze po 12 godzin dziennie i budować karierę korporacyjną, wolę biegać po górach. Dwa miesiące przed wyjazdem poinformowałam szefową, że odchodzę. Nie była zadowolona.

G0300429

Mieliście jakiś plan?

Mniej więcej taki: „Jedziemy w Alpy i wchodzimy na Mt. Blanc. Jak się uda, super, a jak nie – robimy wycieczki biegowe.” Mieszkaliśmy w samochodzie albo pod namiotem, chodziliśmy i biegaliśmy po górach. Było cudownie, ale na Blanca niestety nie udało się wejść. Był zakaz i nawet ubezpieczenia górskiego nikt nie chciał nam sprzedać. W sumie spędziliśmy w oczekiwaniu 7 dni, ale nie było okna pogodowego, więc ruszyliśmy dalej – do Katalonii. I cieszyliśmy się wolnością!

Jak się dowiedzieliście o Ultra Trail de la Serra de Montsant?

Dwa lata wcześniej byliśmy tam z Ilyą na wspinaniu. Bardzo nam się spodobało, a na dodatek od właściciela kempingu usłyszeliśmy o UTSM i zdecydowaliśmy się w nim pobiec. Rok temu się nie udało, bo… pracowałam w korporacji [śmiech]. Właściciel kempingu jest ultrasem (kiedyś nawet wygrał ten bieg) i podzielił się z nami swoimi doświadczeniami. Opowiedział nam, które odcinki są monotonne, które techniczne, a które szybkie. Potem, już w trakcie zawodów, bardzo często wspominałam jego słowa: „tu będzie wąska ścieżka po której szybko się biegnie, a tam dalej będą schodki, na których się cierpi.”

Jak opisałabyś UTSM?

Są to lokalne zawody i bardzo się różnią od takiego UTMB czy CCC. W Alpach jest niesamowita atmosfera, tutaj była cisza. Jeszcze w dzień w wioskach ludzie kibicowali, ale po godzinie 16 miasteczka zamieniały się w widma. Na ostatnich 25 km było kilka bardzo technicznych odcinków, trzeba było się dużo wspinać, było naprawdę niebezpiecznie. Pod stopami cały czas skała albo kamień. Choć organizatorzy zadbali o asekurację w najtrudniejszych punktach, była taka mgła, że i tak nic nie było widać. Całe szczęście, że przybyliśmy na miejsce dziesięć dni przed startem. Dzięki temu wiedziałam, w którym kierunku biec, inaczej bym się zgubiła. Ten czas spędzony na miejscu przed biegiem to był świetny wybór. Trochę się wspinaliśmy, spaliśmy na kempingu, mieliśmy jedzenie z Polski, bardzo dużo kaszy. Ale później kasza nie wchodziła, więc kupowaliśmy bagietki i kozi ser.

Przed startem powiedziałam sobie, że chcę pobiec poniżej 14 h. Jednak na samym początku padł mi zegarek i przez cały wyścig biegłam bez świadomości czasu ani dystansu. Aż do 85 km, kiedy dowiedziałam się, że jest 19:30. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że mogę to zrobić. No i udało się!

12039097_921500221230898_6351844189955210208_o

Pierwszy bieg na 100 km i od razu zwycięstwo…

Wcześniej dwukrotnie biegłam długiego Chudego Wawrzyńca (86 km) i czułam, że to nie jest moje maksimum, że „stówka” też jest do przeżycia. W trakcie UTSM przechodziło mi przez głowę, że 100 to moje maksimum, ale już na mecie pomyślałam, że może kiedyś spróbuję większego dystansu. Ale na razie, jeśli chcę walczyć o czasy i miejsca, zatrzymuję się na stówie. Myślę też o złamaniu 40 min na „dychę” i 3:15 w maratonie. Ale w tym momencie mój biegowy świat to góry, ultra w tej chwili jest na pierwszym miejscu.

W czym biegłaś?

Biegłam w Inov-8 Race Ultra 270, spisały się idealnie. Wcześniej miewałam problemy z paznokciami u stóp, a tu jest mnóstwo miejsca, dzięki czemu skończyłam bieg z całymi paznokciami i bez bólu palców!

Po takim sukcesie można Cię nazywać „Gediminasem w spódnicy”?

[Śmiech] Daj spokój, on jest niesamowity! Kiedy go nie znałam, myślałam, że jest bezemocjonalną maszyną, ale w rzeczywistości okazał się przesympatycznym człowiekiem. Pod względem sportowym daleko mi do niego. On ma 36 lat, ja 24, a w biegach ultra trzeba mieć trochę doświadczenia, żeby odnosić sukcesy. Ja na razie nie planuję stumilowców, przynajmniej przez kolejne 2 lata. Kiedy pomyślę, że miałabym rywalizować z taką Núrią Picas, to wiem, że to na razie zbyt wysokie progi. Wiem też, że Gediminas przed wejściem w świat górskiego ultra miał bardzo dobre czasy w płaskich setkach. Ja nie mam żadnych takich wyników ani doświadczeń.

983750_654699917954191_5722597485561053463_n

Co teraz?

Trenujemy i planujemy. Do Hiszpanii polecieliśmy na mój koszt, a teraz jesteśmy na garnuszku Ilii. Myślimy o tym, żeby wyjechać mieszkać w góry. W globalnych planach mamy stworzenie kempingu dla sportowców w górach, żeby każdy mógł przyjechać do swojego bungalowu i trenować w górach. My moglibyśmy tam prowadzić treningi i obozy górskie. Myślimy o Beskidzie Żywieckim, najchętniej niedaleko Bielska-Białej, gdzie bardzo się nam podoba.

Co zamierzasz pobiec w 2016?

Myślę o biegach bardziej technicznych, ale krótszych. Mogą być większe przewyższenia, ale krótszy dystans – tak do 50 km. A na koniec sezonu chcę polecieć Bieg 7 Dolin. Do tego trochę zawodów na orientację i może w czerwcu rajd przygodowy Red Fox w Rosji: 48 godzin kajaku, roweru, wspinania, slack-line i biegu na orientację.

Czyli do korporacji nie wracasz?

Nie, na pewno nie! Może gdybym znalazła jakąś kreatywną pracę, do 8 godzin dziennie, to bym rozważyła. No i chciałabym czuć, że to co robię, jest komuś naprawdę potrzebne!

12182914_923729461007974_2334684275240032539_o

Relacja Violi z UTSM tutaj: link

„Zawiąż buty i nie sikaj do wulkanu!” – Rozmowa z Kamilem Leśniakiem po Azores Trail Adventure

Kamil na trasie Azores Triangle Adventure fot. Marcio Alberto

Kamil na trasie Azores Triangle Adventure, fot. Marcio Alberto

Drugie miejsce na Azorach to dla Ciebie sukces czy porażka? Była szansa na wygraną?
Jestem bardzo zadowolony z wyniku. To dla mnie ogromny sukces na arenie międzynarodowej. Oczywiście, że była szansa na zwycięstwo. Po pierwszym etapie biegu myślałem tylko o tym, żeby wygrać. Pewność siebie argumentuję tym, że na początku bardzo dobrze się czułem, po prostu byłem w formie. Troszkę szkoda, ale parę czynników – i tych niezależnych i zależnych ode mnie – osłabiło mój organizm.

Kłopoty żołądkowe spowodowała choroba morska, czy zjadłeś za dużo lokalnych klopsów?
Portugalczycy lubią się dobrze bawić wieczorami, a ja nie umiem odmawiać. Tym bardziej nie odmawiałem po wygraniu pierwszego etapu. Żartuję oczywiście! Alkohol był, ale w bardzo małych ilościach. Raczej nie to było powodem problemów żołądkowych podczas rejsu na start drugiego etapu. Pierwszego dnia nie miałem problemów na łodzi i świetnie się czułem. Tylko, że wtedy rejs był krótki i bez fal. Kolejny dzień był inny – dłuższa podróż i na dużych falach. Okazało się, że mam chorobę morską… To była taka „Euforia Biegacza w wersji HARD”. Przed drugim kursem faktycznie sporo zjadłem, ale nie klopsów – czego teraz żałuję. Gdybyś mnie wtedy widział, nie odróżniłbyś mnie od bielutkiej ściany. Odjazd jak po dobrym weselu [śmiech]. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, a do startu została tylko godzina…

W drodze na start

W drodze na start, fot. Archiwum Kamila

W Azores Triangle Adventure wystartowałeś właściwie prosto z podróży. Nie wydaje Ci się, że zabrakło kilku dni na aklimatyzację?
Nie. Jak na taki bieg, było wystarczająco czasu na wypoczynek. Ciężko w tym przypadku mówić o aklimatyzacji. Maksymalnie wbiegaliśmy tylko na 1400 m n.p.m. Jasne, że zabrakło mi treningu w górach, ale to nie tyczy się wcześniejszego przyjazdu na Azory, a treningu w Polsce. Nie jeździłem od dawien dawna w góry, przed Triangle Adventure wszystko biegałem po płaskim. Kilku dni zabrakło, ale nie na aklimatyzację, tylko na zwiedzanie. Niestety nie mogłem sobie pozwolić na krajoznawstwo, a szkoda, bo wystarczyłyby tylko 3-4 dni w biegu, żeby wszystko zobaczyć.

Zwiedzanie na biegowo

Zwiedzanie na biegowo, fot. Archiwum Kamila

Triangle Adventure to 3 etapy na 3 wyspach w 3 dni. Bardzo się między sobą różniły?
Mało tego, to 3 bankiety, 3 kursy łodzią i mnóstwo zabawy. Bardzo się różniły. Po pierwsze, każdego kolejnego dnia byłem coraz bardziej zmęczony. Jeżeli chodzi o specyfikę trasy to etapy też się mocno między sobą różniły. Pierwszy etap był cały czas pod górkę, z odcinkiem mocno nierównym i błotnistym. Drugi za to – w stylu anglosaskim. Trzeci, najdłuższy etap, to wbieg na wulkan i zbieg. Przy czym towarzyszył nam mocny wiatr, a zbieg (w większości asfaltowy) był bardzo długi. Było zróżnicowanie i to bardzo dobrze. To dodawało troszkę niepewności w rywalizacji. Tylko jedna rzecz była wspólna dla każdego z etapów – piękne widoki!

Jakie były warunki i jaki sprzęt dobierałeś na poszczególne odcinki?
Jak wspomniałem, przede wszystkim było wietrznie. Na ostatnim etapie mocno odczułem wiatr na szczycie wulkanu. Kijki cały czas wpadały mi pod nogi i zrobiło się niebezpiecznie. Jeżeli chodzi o sprzęt, to używałem sprawdzonego. Wszystko Inov-8 oprócz majtek z targowiska. Wybaczcie, ale firma Cotton World czy Uomo to klasa sama w sobie.

Jeśli chodzi o buty, pierwszy etap leciałem w Mudclaw’ach. Na drugi założyłem Terraclaw’y, ale przez błotniste odcinki musiałem wrócić do Mudclaw 300, które są w takich warunkach niezawodne. Większość wyposażenia obowiązkowego nie była mi potrzebna. Miałem na sobie to samo co na biegach krótkich plus plecak Race Ultra.

Kamil na trasie

Kamil wrzuca piąty bieg, fot. Azores Triangle Adventure

Jak oceniasz atmosferę i organizację biegu?
Było słodko! Azory są piękne, ciche i mają jeszcze w sobie dozę tajemnicy. Nawet jakby miał ten bieg robić Władziu, który na bieganiu się nie zna, to i tak impreza byłaby świetna. Mówi się, że biegacze ultra różnią się od ludzi z ulicy, bo szybko się na zawodach integrują i tworzą przyjazną atmosferę. Tu było coś więcej. Tu było bieganie przez 3 dni i przez 3 bite dni byliśmy ze sobą. To był naprawdę czas spędzony wśród samych swoich.

Z Armando Teixeirą ,zwycięzca Azores Triangle Adventure

Z Armando Teixeirą, zwycięzca Azores Triangle Adventure, fot. Archiwum Kamila

Coś Cię wyjątkowo zaskoczyło na Azorach? Wyjątkowo urzekło, rozczarowało?
Urzekła mnie serdeczność społeczeństwa. Ja byłem raczej zajęty bieganiem, ale znajomi, którzy polecieli ze mną, co chwilę byli zapraszani do domów mieszkańców wysp. Za to rozczarowało mnie to, że nie załapałem się na kawę z jedynej plantacji w Europie! Nie mam żadnych uwag odnośnie zawodów. Była to pierwsza edycja i wiem, że logistyczne ciężko zorganizować takie zawody, bo przecież sam organizuję różne biegi. Były drobne wpadki, ale niewpływające negatywnie na całokształt imprezy.
Ale ja jeszcze mało podróżowałem, mało widziałem i cholernie urzeka mnie wszystko [śmiech].

P.S. Rozczarowało mnie też nienamierzenie dyskoteki.

Masz już pomysł na kolejny egzotyczny bieg?
Grębocin pod Toruniem – egzotyka pełną gębą! Na pewno Transvulcania! A jak pojawi się jeszcze jakiś bieg na Atlantyku, to tam też będę chciał być [śmiech].

A przywiozłeś ze sobą jakąś wyspiarską mądrość?
Zawiąż buty, błoto wulkaniczne mocniej trzyma.
Nie sikaj do wulkanu, bo wieje mocno i niespodziewanie.
Biegi ultra to nie tylko głowa i nogi, ale także strategia.
Jedz, pij, żuj – myj zęby.

Meta!

Meta! Fot. Click Faial

„Nastawiam się na szybkie bieganie” – Kamil Leśniak przed Azores Triangle Adventure

DCIM100GOPROGOPR2613.

Kamil Leśniak na treningu

Skąd pomysł na start w Azores Trail Run?

No przecież zawsze marzyłem o wyjeździe na Azory! Hmm… żartuję. Chociaż ciut prawdy w tym jest. Zawsze marzyłem o podróżowaniu. Za wszelką cenę. Pomysł z Azorami powstał raczej z przypadku. Chyba się spodobałem środowisku biegowemu w Portugalii. Może podczas kwietniowego MIUTa (Madeira Island Ultra Trail) urzekło ich płaczące dziecko? To niezła promocja własnej osoby może być!
Wracając do tematu, zostałem zaproszony na bieg jako zawodnik, który będzie się ścigał. Troszkę się zastanawiałem, bo w tym roku już sporo jeździłem i mój studencki budżet mógł tego nie wytrzymać. Jednak kiedy organizator zdeklarował się pokryć część kosztów, postanowiłem przyjąć wyzwanie. Kocham podróżować. Podsumowując, pomysł wziął się raczej z mojego głupiego szczęścia… Popłaca być głupkowatym człowiekiem (śmiech)!

Opowiesz coś więcej o tym biegu?

Z pozoru wygląda on na bieg na dystansie 100 km, ale w rzeczywistości nim nie jest. Azores Trail Run – Triangle Adventure to bieg etapowy. Przebiec 100 km ciągiem, a 100 km na raty to wielka różnica! Organizator oferuje 3 dni biegania, po trzech wyspach. Coś cudownego! Tym bardziej, że są to wulkany. Ktoś powie: gdzie góry na wyspach? Przed Maderą w kwietniu tego roku też tak mówiłem. Nic bardziej mylnego! Na tym wyspach są potężne przewyższenia. Na wyspie Pico ( I etap wyścigu) jest wręcz najwyższy szczyt w całej Portugalii (2351 m n.p.m.) i – co więcej – my będziemy na niego wbiegać z poziomu oceanu!
Bardzo mnie cieszy, że to pierwsza edycja oraz fakt, ze organizator zadbał o obecność kilku mocnych zawodników, takich jak: Alfonso Rodriguez, Armando Teixeira, Miguel Reis E Silva czy Zaid Ait Malek.

Kamil Leśniak_MIUT

Kamil podczas Madeira Island Ultra Trail

Brałeś już kiedyś udział w takiej etapówce? Czym wyścig etapowy różni się od tradycyjnego ultra?

Tak i nie. Brałem udział w biegu etapowym w Zamościu i też było to 100 km, ale nie był bieg górski tylko uliczny. Mimo wszystko myślę, że biegowi na Azorach bliżej jest do zawodów w Zamościu niż do jakiegokolwiek ultra. Z tego względu, że są to bardzo szybkie zawody. Każdego dnia lecisz praktycznie na maksa, a zmęczenie tylko się nawarstwia. Pamiętam z Zamościa, że każdego kolejnego dnia stawaliśmy na linii startu mocno sztywni przez bolące nogi, po czym cisnęliśmy jeszcze mocniej niż dzień wcześniej. Na Azorach będzie tak samo. Tylko trudniej, bo będzie potrójna możliwość na kryzys.

Jak się przygotowujesz do tego startu?

Po UTMB nie miałem sprecyzowanego treningu pod zawody. W ostatniej chwili zdecydowałem się na maraton i wraz z trenerem Piotrem Suchenią ustawiliśmy mój trening w tym kierunku. Ale czy 2 miesiące to czas odpowiedni do przygotowania się do maratonu? Nie wiem. Azory traktuję jako przygodę, ale nie zapominam o tym, że jestem zawodnikiem i kocham się ścigać. Przygotowuję się do nich z treningu do maratonu. Jest to bardziej odpowiednie niż trening pod ultra (śmiech). Myślę, że dzięki temu stanę świeży na starcie. Obecnie, mimo kilku odpuszczonych treningów, widzę mocną poprawę formy. Cyferki w Suunto to potwierdzają.

Kamil Leśniak_utmb 2015

Na mecie UTMB 2015

Taki wyjazd to niezłe przedsięwzięcie logistyczne. Jak dotrzesz na Azory i jak wygląda Twój okołostartowy harmonogram?

Jakie przedsięwzięcie? Pełen luzik. „Zaplanowane” to mogłem powiedzieć o UTMB. Teraz tylko sobie spokojnie trenuję. Życia szczegółowo się nie zaplanuje. Mam ogólne plany, ale ogólnie zdaję się na los. Organizator dba o mój przylot, ja tylko staram się pogodzić wyjazd z uczelnią.

Tydzień wcześniej biegnę maraton, do którego się przygotowuję, a na Azorach liczę na superkompensację (śmiech). Teraz jestem na etapie biegania krótkich i szybkich biegów asfaltowych. Jest wyśmienicie, bo wróciłem na swój stary poziom. 34 min złamane na 10 km to dla mnie pozytywny bodziec! Tym bardziej, że ostatnie sezony poświęciłem na ultra. Prawda jest taka, ze poziom rośnie i szybkość jest jedną z kluczowych cech, która determinuje sukces w górach.

W jakim sprzęcie startujesz? Na jaką trasę i pogodę się szykujesz?

W najlepszym (śmiech)! Od moich pierwszych kroków w górach biegam w Inov-8! Jeszcze nie wiem, w czym będę konkretnie startował, bo nie znam tamtejszego terenu. Ciężko mi teraz oszacować, jak długie będą to odcinki. Na wszelki wypadek mam dodatkowy bagaż, do którego wezmę kilka par butów i dorzucę jakiś plecaczek.
Do pogody się dostosuję. Buty mam na każdy wariant. Poza tym liczę, że bieg będzie szybki. Od UTMB nastawiam się na szybkie bieganie!

Będziesz miał wsparcie na trasie?
Liczę na to! Dlatego zbieram na drugi bilet lotniczy. Support to tak naprawdę połowa sukcesu, nawet jeśli pomoc takiej osoby polegała by na pokrzykiwaniu: ‘’Jest dobrze!’’. Przekonałem się o tym wiele razy. Poza tym nie jestem typem samotnika. Po trzecie, głupio się przyznać, ale – niech mnie szlag trafi – jestem kaleką językowym…

To Twój ostatni start w sezonie, czy planujesz coś jeszcze?

To taki start-przygoda. Po UTMB stwierdziłem, że w tym roku nie mogę już biegać ultra. Ale bieg etapowy to coś innego… Nic ultra wielkiego. Myślę o krótszych biegach i przepracowaniu zimy. Teraz Maraton Toruński i może półmaraton w grudniu. O poważnych startach ultra pomyślę dopiero na wiosnę przyszłego roku.

kamilek_toruń

Kamil „twarzą” 33. Maratonu Toruńskiego

Jesteś zadowolony z tego, co osiągnąłeś do tej pory w 2015 roku? Największe sukcesy, niespodzianki, niepowodzenia?

Pasuje tu powiedzenie: „Apetyt rośnie w miarę jedzenia”. Jestem zadowolony z 2015r. Zaliczyłem kilka fajnych biegów, byłem w przepięknych miejscach, poznałem mnóstwo świetnych ludzi. Przy tym dobrze się bawiłem i upewniłem się w fakcie, co chcę robić. Wyniki mogę podzielić na: dobre, złe oraz te, które trudno ocenić. To co zrobiłem teraz ocenię za kilka lat. Perspektywa czasu wystawi rachunek. Gdzieś mnie gryzą troszkę te 24 godziny na UTMB, ale z drugiej strony nadal jara się we mnie płomień! Mam jakiś cel biegowy w życiu!

kamilek_utmb 2015_II

W Kamilu wciąż „jara się płomień UTMB”

A jakie są Twoje główne cele na 2016 rok?

Zaliczenie pierwszego roku studenckiego. Poza tym to ja za dużo biegam. Muszę sobie dać troszkę czasu na imprezy, znajomych i dziewczyny (śmiech). Z bardziej przyziemnych spraw to kombinuję otworzyć coś swojego. A z biegowych celów myślę o zbieraniu tytułów rangi Mistrzostw Polski w górach. Tak naprawdę mam tylko jeden ze Szczawnicy. Myślałem też o B7D, ale to jeszcze daleko. Na wiosnę skuszę się na lot na La Palmę… Wiesz co tam jest?

Słońce, plaże, morze i… Transvulcania.

Tam właśnie chcę wystartować w przyszłym roku!

Zimą będziesz biegał na całego czy pozwolisz sobie też na odpoczynek? Jak wygląda i ile trwa Twoje roztrenowanie?

Ultra mnie zniszczyło psychicznie. Bardzo mozolne przygotowania i ta samotność… Przecież mnie znasz, wolę coś mówić, nawet głupoty, niż siedzieć cicho.

Roztrenowanie miałem od razu po UTMB. Nawet jak miałem już wrócić do treningów, to odpuszczałem. Nogi nogami, ale to głowa jest najważniejsza. Dlatego roztrenowanie czasem trwa u mnie tydzień, czasem miesiąc. Różnie. Generalnie po ultra robię sobie wolne.
Teraz jestem naładowany, bo zmieniłem treningi i nastawiłem się na szybkie starty. Zimą będę orał, ile wlezie. Nie ma startów, nie ma imprez, gdzie warto byłoby się pokazać, nie ma wyjazdów. Można skupić się na trenowaniu!

Więcej o Azores Triangle Adventure można się dowiedzieć ze strony internetowej lub z fb biegu.

A poczynania Kamila można śledzić na jego oficjalnym fanpage’u.

Azory

Widok na wulkan na trasie Azores Triangle Adventure

Gediminas Grinius o zwycięstwie w Transgrancanarii

O zwycięstwie Gediminasa Griniusa w Transgrancanarii napisano już wiele. Nie wszyscy jednak wiedzą, jak osobliwe przygody przeżywał GG na trasie zawodów…

Transgrancanaria-2015-Gediminas-Grinius-2
Fot. archiwum organizatora

Szczegóły na temat przebiegu zawodów i triumfu naszego zawodnika możecie poznać między innymi poprzez artykuł na magazynbieganie.plMy zapytaliśmy Gediminasa o to, jak się czuł przed startem; czy wiedział, że „noga mu podaje”, a przede wszystkim: co miał w głowie podczas tak długiego i trudnego wysiłku? Oddajemy głos Gediminasowi:

W trakcie przygotowań wykonałem kawał dobrej roboty, więc byłem gotowy do startu zarówno fizycznie, jak i mentalnie. Miałem jeden cel: poprawić swój czas z zeszłego roku i uplasować się na wyższej lokacie. Nie czułem większej presji na wynik, zwłaszcza że obsada zawodowców była w tym roku naprawdę mocna.

Trenowałem do tego startu zimą, co było dość ryzykowne – nie da się przewidzieć, jaka pogoda będzie wtedy w Polsce czy na Litwie. Miałem jednak duże szczęście, bo w tym roku warunki atmosferyczne były wyjątkowo łaskawe i pozwoliły mi bez zakłóceń zrobić jakościowe treningi na zewnątrz. Ponadto przez tydzień przygotowywałem się na Wyspach Kanaryjskich – możliwość biegania tam dała mi przewagę nad innymi zawodnikami. Mogłoby być oczywiście jeszcze lepiej – gdybym tak zamieszkał na wyspie takiej jak Sondre Amdahl albo Yeray Duran…

Jedyną przeszkodą, jaką napotkałem w trakcie przygotowań, była infekcja, która naprawdę mnie zaniepokoiła. Borykałem się z czymś grypopodobnym z wysoką temperaturą, i to na trzy tygodnie przed startem! Normalnie nigdy nie faszeruję się lekami, żeby szybciej wrócić do zdrowia, tym razem jednak dałem za wygraną. Po chorobie czułem się fatalnie. Pierwszy tydzień treningu był jakąś katastrofą – nadal źle się czułem i miałem wrażenie, że nogi reagują na polecenia głowy z dużym opóźnieniem. W terenie wpadałem na wszystkie przeszkody…

Jeśli chodzi o strategię na bieg – nie zmieniłem jej w stosunku do założeń z zeszłego roku. No dobrze, właściwie to Krzysiek nie pozwolił mi jej zmienić… Miałem biec po swojemu, spokojnie, nie dawać się zwieść dobremu samopoczuciu i nie cisnąć przed połową dystansu. Wtedy, jeśli nadal czułbym power, miałbym atakować przed metą. I tak zrobiłem.

Nie spodziewałem się tylko, że podczas startu będę miał takie skurcze! Na szczęście „poskładało” mnie to jedynie fizycznie, i to na krótko, bo Gintare uratowała mnie pożyczonymi od żony Brendana Davisa tabletkami z solą.

Przy okazji po drodze pomogłem szwedzkiemu zawodnikowi, Johanowi Lantzowi, który niefortunnie złamał nogę na trasie. Leżał na głównej drodze, niewidoczny dla przebiegających ludzi, a co gorsze – dla samochodów. Ustawiłem jego lampę tak, żeby nikt go nie rozjechał, a potem zatrzymałem jednego z kierowców, aby wyjaśnić mu co się stało i poprosić go o przewiezienie Johana do szpitala. Potem dostałem od niego SMSa, że czeka na operację złamanej kości udowej.

 

DyMnO 2015 – Sabina Giełzak na najwyższym stopniu podium

Od października żyję w stanie ciągłej paniki. Paniki wywołanej egzaminem sędziowskim we wrześniu. W pewnym momencie poczułam, że wszyscy wokół wiedzą więcej (a może tak rzeczywiście było i jest?). Udało mi się przekonać siebie, że na pewno tego egzaminu nie zdam, jak pójdę na trening.

dymno2

 

Więc długi czas nie wychodziłam albo wychodziłam na tyle nieregularnie, że nieuzasadnione jest użycie słowa „trening”. W efekcie było tylko gorzej. Jak już wyszłam, to wracałam wściekła na to, że biegam wolno i kiepsko się czuję. A jak zamierzałam zostać w domu, żeby się pouczyć, to miałam wyrzuty sumienia, że tracę coś cennego.
Miało być o starcie w rajdzie przygodowym DyMnO. Umówiłam się na start z Marcinem Krasuskim – celem było sprawdzian formy przed podjęciem decyzji o wyjeździe do Czech na Mistrzostwa Europy w rogaininguZawody nadawały się na to idealnie, gdyż rozgrywane były w nietypowej dla rajdów przygodowych formule – w skrócie należało zebrać łącznie 100 pp (punktów przeliczeniowych) z trzech dyscyplin (PK na etapie biegowym = 4 pp, PK na etapie rowerowym = 2 pp, PK na etapie kajakowym = 2-4 pp), z czego minimum po dwa punkty na etapach biegowym i rowerowym i sześć na kajakowym. Zespoły same decydowały o kolejności i sposobie zaliczania poszczególnych punktów.
Nasz zespół zaczął od roweru, a to z dwóch przyczyn. Po pierwsze, wiedzieliśmy, że mapa liczy sobie kilkadziesiąt lat i nocna nawigacja na rowerze na mapie starszej ode mnie będzie trudna. Po drugie, o godzinie 6 nad ranem zdecydowanie wolimy jeździć na rowerze niż biegać :). Ostatecznie na rowerze zaliczyliśmy 12 punktów (24 punkty przeliczeniowe) w 5 godzin. Rower skończyliśmy ze świadomością, że nie do końca opłacało się na nim jeździć, skoro średnio punkt podbijaliśmy co 25 minut. Z drugiej strony nie byliśmy na tyle pewni naszej formy biegowej, żeby decydować się na większą ilość punktów biegowych. 18- kilometrowy dobieg do kajaków poszedł nam sprawnie, po drodze zaliczyliśmy cztery kolejne punkty, w tym jeden w urokliwym bagnie. Kajak był zdecydowanie największą atrakcją zawodów – prowadził po Bugu i malowniczym starorzeczu. Okazało się również, że najszybciej zdobywało się na nim punkty.
Zdawałoby się, że z kajaków do mety jest bliziutko – jakieś 15 km. Tyle, że nie lubię biegać po miękkich polach. A jeszcze bardziej nie lubię, po zarośniętych polach. Marcin wręcz przeciwnie, im trudniejszy teren, tym lepiej sobie radzi :). Skończyło się spadkiem mocy w połowie etapu i doczłapaniem do mety.
Mimo wszystko rajd wygraliśmy. Mieliśmy przy tym sporo szczęścia, gdyż drugi zespół – Darek Bogumił i Łukasz Otolski – źle policzyli punkty przeliczeniowe, w konsekwencji udając się po jeden nadprogramowy. Gdyby nie ich błąd, mogłoby być bezpośrednie starcie na finiszu, które najprawdopodobniej byśmy przegrali, gdyż oni zawody kończyli etapem rowerowym, my natomiast pieszym.
Do Czech oczywiście jedziemy. To oznacza, że na poważnie biorę się do pracy. Dobrze znów mieć jakiś cel treningowy. A egzamin…? To trochę jak na rajdzie. Trzeba walczyć, czas i tak minie :)

dymno1

« Older posts

© 2017 Team inov-8 Polska

Theme by Anders NorenUp ↑